Dalej niż księżyc

ultra, bieg, maraton, bieg górski, ultrarunning,

ultra

Moc przyciągania, czyli tryptyk Swisspeaks

Śniadanie

Decyzja już za mną. Zgłoszenie potwierdzone. Nawet się długo nie zastanawiałem, może to już nałóg kiedy nie dostrzega się złych stron swojego działania. Jak zwykle przy podejmowaniu znaczących decyzji zapisałem plusy i minusy. Znaczących, bo wpłynie to na cały kolejny rok pod względem treningów, spędzania wolnego czasu i domowego budżetu. Po analizie i przedyskutowaniu z moją drugą połową wszystkie plusy pozostały, a minusy udało się zmitygować (przepraszam za brzydkie słowo)

Swisspeaks 380 ukończyłem dwukrotnie i … wracam tym razem na 700km. Nie ma takiego drugiego biegu w sercu Alp. Tym razem dolinę Valais pokonam dwukrotnie, a dokładnie zatoczę koło, biegnąc jej obiema stronami. To takie naturalne dopełnienie dwóch poprzednich biegów.

O ile formuła drugiej części jest niezmienna (może z wyjątkiem 2 pierwszych barier czasowych), o tyle pierwsza nieco ewoluowała i teraz będzie to pięcioetapowy bieg z sumą czasów z każdego etapu i możliwością wypoczęcia (nocleg, posiłek) przed następnym. Formuła naprawdę niezwykła, pozwalająca na w pełni sportowe uczestnictwo. Kluczowe będzie zachowanie sił na drugą połowę, czyli Swisspeaks 380, gdzie obowiązują nas te same zasady i bariery czasowe, co uczestników tylko tego biegu.

6 miesięcy przed startem jestem na etapie zakupu butów (myślę o przygotowaniu 4 par), szczegółowej analizie trasy i planowaniu międzyczasów i długości pobytu na punktach zwłaszcza w pierwszej połowie. Nieodzowna będzie moja szczegółowa analiza poprzednich biegów. Godzina startu poszczególnych etapów jest elastyczna (pomiędzy 5 a 7 rano), ale należy zachować wszystkie bariery czasowe na trasie. To stwarza dość dużo możliwości i wymaga analizy np. jak długo rano biec po ciemku, jak bardzo można opóźnić start, przy zachowaniu odpowiednich zapasów czasowych itp… Na tym etapie problemem oczywistym jest nieprzewidywalność pogody. Z rzeczy najprostszych to logistyka pobytu przed, po biegu – bilety lotnicze i noclegi.

Kolejne dwie bardzo ważne rzeczy do ustalenia, zaplanowania i wykonania – plan treningowy i wsparcie podczas biegu. Uważam, że nie ma możliwości wykonania ani jednego, ani drugiego bez pomocy drugiej osoby. Pomoc jest nieodzowna, ponieważ w obu sytuacjach musimy obiektywnie ocenić swój stan. I w tym miejscu dziękuję serdecznie mojej żonie.

Trening to oczywiście przygotowanie wydolnościowe, wytrzymałościowe, mentalne z uwzględnieniem aspektów związanych z jedzeniem, regeneracją, zarządzaniem kontuzjami. Biorąc pod uwagę swoje dotychczasowe doświadczenia na co zwrócę szczególną uwagę:

  • przygotowanie mięśni odpowiedzialnych za stabilizację i biomechanikę biegu
  • treningi biegowe z kijami i plecakiem
  • bieganie po posiłku i posiłek w trakcie biegu

Danie główne

Jak przyjemnie wraca się w znane miejsca. La Bouveret malutka miejscowość na pograniczu Szwajcarii i Francji nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Dotąd znana mi jako meta biegu Swispeak 380, tym razem będzie to również start. Podróż na miejsce inna niż poprzednimi latami ( tym razem bez auta) tylko komunikacją zbiorową, przebiegła nadzwyczaj przyjemnie. Nie wiem czy każdy kto odwiedził Szwajcarię to potwierdzi, ale przyjazd samochodem do tego miejsca stał się bezcelowy sieć połączeń kolejowych i autobusowych jest naprawdę znakomita. Przyjazd dwa dni przed startem zapewnił odpowiedni bufor na nieprzewidziane kłopoty z podróżą, niestety nie pozwolił na aklimatyzację na wysokości.

Poniedziałek 25 sierpnia 2025 o godzinie 20:00 melduję się na linii startu

To jest ta chwila, to jest ten moment. Zawsze na linii startu mieszają się we mnie uczucia: osiągniętego celu, wykonanej pracy, minionych lat, ekscytacji, strachu, obaw i przeczucia zbliżającego się cierpienia. Ale nade wszystko jest ekscytacja zbliżającą się przygody, poczucie chwili i moment przejścia z realnego świata do własnej bańki.

Pierwsze kilometry mijają w miarę szybko, w dość długim podejściu, w mroku, z zapalonymi czołówkami. Na tym etapie ciężko biec swoim tempem, na razie poruszamy się w mniejszych i większych grupkach wszyscy jak zwykle za szybko. Mała kamienna lawina wyrywa nas z świątecznego nastroju i przypomina o trudach które na nas czekają. Pierwsze km nie należą do najciekawszych – ciemno, wąskie zarośnięte krzakami ścieżki. Cóż robię swoje i czekam aż dostaniemy się na druga stronę doliny.

Za Collonges (65 km) zaczyna się dla mnie najciekawszy odcinek etapu. Po wschodzie słońca ruszamy na przeciwną stronę doliny (nazwę ją północną częścią ) na której pozostaniemy aż do połowy wyścigu. Wracać będziemy południową częścią wraz z Swisspeaks 380 która jest mi juz dobrze znana. Pierwsze poważne podejście Demecre i Fenestral (2454) szybki zbieg i wczesnym popołudniem jestem w pierwszej bazie. Czas biegu przed planowanym czasem, żadnych kontuzji, stan samopoczucia bardzo dobry. 20 miejsce ogółem daje sporą nadzieję na przyszłość. Warunki noclegu rewelacyjne, masaż podolog, ciepły obiad, prysznice z ciepłą wodą, własny przepak. Popołudnie i czas spędzam na odpoczynku, w nocy nie jestem w stanie usnąć, pomimo że moi wszyscy współlokatorzy dobrze śpią. Jest mi gorąco, wychodzę w środku nocy na zewnątrz, nocne rześkie powietrze pomalutku mnie schładza.1

Kolejny etap, wstałem przed 5 rano i tak nie spałem, szybkie pakowanie, dobre śniadanie i w drogę. Pogoda idealna, urocze miejsca. Te momenty będą najlepsze z całego biegu.

Technicznie już wymagająco, a do tego dość wysoko. O ile pierwszy dzień wogole nie odczuwałem problemu z wysiłkiem na wysokości o tyle teraz czuje się jakbym zapomniał 1 płuca z bazy. Plecak jest 2 razy cięższy niż powinien, a ze mnie wylewają się hektolitry wody.

Docieram do bazy, zmęczony, zły na siebie za brak aklimatyzacji, przepocony tak, że nie mogę ze sobą wytrzymać. Do tego wolniej o 1,5 h niż zakładałem (31 pozycja open). Baza życia urządzona w górnej stacji kolejki. Spanie na materacach „na sali” przy otwieranych drzwiach automatycznych. Na szczęście dostępne były dodatkowe koce. Brak pryszniców, czy możliwości wysuszenia rzeczy. Obiad w schronisku obok. Warunki co prawda spełniają standardy „jak dla biegów ultra”. Jednak z drugiej strony w porównaniu ze wszystkimi pozostałymi punktami na pierwszej części trasy znacząco poniżej.

Kolejny etap, ciężki zimny poranek i w drogę. Tylko 2 godziny snu nie pomagają się zregenerować, nadal olbrzymie problemy z wysiłkiem na wysokości. Walka z samym sobą do końca etapu 1,5 godziny straty do planowanego czasu i 35 miejsce…. Na szczęście dobre jedzenie, miła obsługa, masaż2 pomagają się szybko zregenerować, a nawet polepszyć mój stan zdrowia. Udaje się też złapać kilka godzin prawdziwego snu.

Czwarty etap. Wstępują we mnie nowe siły, czuję że złapałem aklimatyzację, a dodatkowo na końcu etapu będzie na mnie czekać moja Marta. Pogoda nadal dobra no i te widoki…. Ponownie odwiedzam miejsca w których już byliśmy, ponownie zachwycają. Na punktach rewelacyjna pomoc, wspaniałe jedzenie i do tego deser jogurt z owocami. Końcówka nieco zaskoczyła, nie potrafiłem znaleźć bazy. Pomimo tego , że miejsce znałem, trasa oznaczona, jasno i gps w zegarku. Poirytowany nieco, doczekałem masażu, ale zamknęli mi restaurację w międzyczasie z jedzeniem. Dobrze, że ten suport był. Planowany czas ukończenia etapu 13:22 ukończyłem w 13:13 open 16

Kolejny etap, kolejne nowe buty i ruszamy. Śmieszne 35 km. Baza w której mocno się zregenerowałem, świeże ciuchy, ciastka, ciasteczka i wsparcie tego mi było trzeba. Jak widać na trasie nie tylko mnie dobrze poszła regeneracja. Po 5 godzinach melduję się w ostatniej bazie życia przed drugą częścią biegu. Zadowolony z 15 miejsca, ale z bolącym goleniem lewej nogi.

Niedziela ostatni dzień sierpnia anno domini 2025 – start części drugiej czyli Swisspeaks 380 po raz trzeci.

Aklimatyzacja już jest, w nogach też już trochę, ale biegnie się rewelacyjnie. Noga boli, ale na razie do zniesienia. Pierwsze problemy z paznokciami na stopach. Szybki pobyt w kolejnej bazie (ponownie Fiesch). I ponownie wyprane ciuchy, serniczek z owocami ach, ach i w drogę. Nawet nie próbuję spać. Brak snu i zmęczenie narasta pomału, ale bardzo skutecznie. Eisten tu zaczęła się przygoda BEZ lewej nogi. Pierwsze taśmy popularnie zwane tape i w drogę. Nadal nie śpię z drzemką się nie udaje. Zum See punkt który zapamiętam z pysznego strucla z lodami, złowionego w restauracji. 13 pozycja open. Zaczyna się psuć pogoda.

Wschody i zachody słońca, znajomi z przodu, znajomi z tyłu i kolejne km, kolejne punkty, kolejne smakołyki. W Grimentz jakaś drzemka. Świat oddzielony ścianą mgły, jest na wyciągnięcie ręki. Dźwięki, kolory, ból wszystko obecne, ale obce, nierozpoznawalne, niezrozumiałe. Nie mam siły po to sięgać. Moim światem kolejny krok, kartka z czasami i zapisanymi km. Odejmowanie przekracza moje możliwości…

Deser

Początki końca, katastrofa nadeszła małymi krokami po cichu i z wielu stron. Zmęczenie, a właściwie wycieńczenie osiąga apogeum, nogi nie da się już ignorować. Pomijam ze boli, ale przestaje działać idę, truchtam tylko dzięki kijkom. Gdzie jest Thyon ??? Zimno, wieje, leje ktoś się próbuje dostać do mojej świadomości. Po dłuższej chwili mu się udaje. Z ustaleń wynika, że nurtuje go to samo pytanie. „Gdzie jest Thyon”. Rozmawia nam się całkiem dobrze. Po 40 minutach i kolejnych 3 km?! Dochodzimy do wniosku, że stan niewiedzy mamy taki sam. Napieramy dalej. Zaczyna się podejście, dla mnie zbawienne, pod górę mogę podchodzić szybciej niż inni. Mijam 3 biegaczy. Czas płata figle kilometry rozciągają się niemiłosiernie. Biegnę niemal godzinę pokonując co najmniej 10 km i kilka pagórków. GPS pokazuje mniej więcej 10 minut i 1 km trasy. Nie wiem czy wystarczy mi życia do dotarcia do punktu… Pojawia się mikrosen, nie jest dobrze byle do bazy…

I jest, docieram. Widzę budynek nie wiem czy wejść, może to nie tu. Może wszyscy śpią. Za wracam. No, ale w sumie chciałem zjeść i muszę znaleźć kogoś kto mi powie, że mogę nadal biec. Nie wiem co ważniejsze. Za wracam.

Ciepłe, jedzenie, ciepłe łóżko, zakładam wszystko co mam na siebie, wchodzę do śpiwora, przykrywam się 2 kocami, zasypiam, chyba, nie wiem po niecałych 2 godzinach chcę ruszyć dalej. Idę po pomoc fizjoterapeuty, noga w łydce 1,5 razy większa niż normalnie. Fizjoterapeuta prosi by lekarz zdecydował o dalszym biegu. Ważą się moje losy, mijają kolejne godziny. Dociera lekarz i po konsultacji video z kolejnym lekarzem, warunkowo pozwalają mi kontynuować bieg. Dla mnie najważniejsze jest zapewnienie, że pomimo niedogodności i bólu mój dalszy wysiłek nie spowoduje trwałego uszczerbku. Noga zabezpieczona taśmami prawie na sztywno. Znowu zgłodniałem, wracam do stołówki, jem kolejny 4 daniowy obiad3. Kolejne pół godziny spędziłam na pakowaniu się. Najprostsze czynności sprawiają problemy, co powoduje u mnie szczególną irytację. Wzrok zamglony, słyszę jak pod wodą, na rękach mam grube rękawice gumowe. Zapięcie zamka torby przekracza moje możliwości, na szczęście są pomocni wolontariusze. Wychodzę z budynku i… Nie wiem ani z jakiego punktu wyruszam, ani w którą stronę, nie wiem ile do następnego. Kręcę się chwilę w kółko po czym ruszam za przypadkowym biegaczem. Docieramy do…. stołówki. Z dumą odkrywam, że baza składa się z dwóch budynków. w jednym można się przespać, skorzystać z pomocy medycznej i masażysty oraz prysznicy i drugiego gdzie jest stołówka. Zagadką pozostaje jak w nocy pokonałem drogę pomiędzy stołówką, gdzie miałem rozłożony przepak, prysznicem, stołówką, spaniem, stołówką, lekarzem i stołówką. Tym razem obsługa spisująca numery jednoznacznie wskazuje mi kierunek i po najdłuższym postoju na stołówce, w całej mojej historii biegania, ruszam dalej (łacznie ponad 5 godzin postoju). Zaczyna świtać. Wyruszam dalej. Do mety 164km.

Pomału dociera do mnie, że ten bieg nie będzie zgody z moim scenariuszem. Kiełkuje zwątpienie. Wydaje się, że do końca tak niewiele zostało. Zamknięty w swoim kokonie, płynę przez górskie pejzaże. Czas się zatrzymał, w zasadzie nic mnie nie obchodzi. Cabane Brunet piękny zachód. Stoję na wzniesieniu powyżej schroniska, nie chce mi się iść dalej. Robi się bardzo zimno. Nadchodzi noc, a wraz z nią mrok. Zbiegam przez las. Potknięcie, wywrotka, jadę na brzuchu, dobrze, że tu tyle liści. Wstaję, zmieniam technikę, biegnę zakosami, odciążam lewą nogę. Upadek, czołówka znika w krzakach, na szczęście nadal świeci, łatwo ja odnaleźć. Zbiegam dalej, kamień, wywrotka, na szczęście dużo mchu. Noga nie utrzymuje mojego ciężaru. Ok. Do zabiegu wykorzystuje kije, trochę trzeszczą, ale da się przeskoczysz nad niesprawną nogą. Nabieram prędkości, prawie biegnę… Jadę na plecach po błocie, obok nieco szybciej mija mnie biegacz w zjeździe krzyżowo-pośladkowy. Kolejna próba biegu. Tym razem zatrzymuje mnie drzewo. Drzewo na środku ścieżki. Trzeba będzie to przekazać na punkcie organizatorowi. Ktoś to musi przestawić. Zbiegam. Przez las widać światła w dolinie, nie jestem nawet w połowie. Coś mnie ścina z nóg, nie mogę się zatrzymać, gaśnie czołówka, coś ją zrywa z głowy łącznie z czapką. Leżę w zadziwiająco wygodnej pozycji, jest miękko, cicho, ciepło, nic nie boli, nie czuję zmęczenia. Chyba sobie tu chwile poleżę. Czuje się jak rano po przebudzeniu, kiedy ma się ochotę jeszcze chwile poleżeć, do następnego sygnału budzika. „Wszystko w porządku?” słyszę jakiś głos. Ktoś siedzi pod drzewem, jej czołówka również jest wyłączona. Machinalnie odpowiadam: ” Tak wszytko w porządku, chiałem chwile odpoczać, ciężki zbieg”. „Ok, to ja już lecę, nie leż za długo” usłyszałem w odpowiedzi. Czy to były już halucynacje? Tego nie wiem. Zawsze miałem towarzyszące im poczucie nierzeczywistości. Tym razem tego nie było. Kolejnym punktem miało być Prassurny ostatni punkt przed przełęczą Fenetre D’Arpette (2665). Dotarłem w nocy do Orsieres i przypomniało mi się, że Organizator zapewnił tu dodatkowy punkt na zamku w słynnym barze „Gruba buła”4. Gdzie na każdego biegacza czeka specjalny burger. Sama myśl o tym jedzeniu po prostu mnie uskrzydliła. Co prawda z góry nie mogłem swobodnie biec (tempo w granicach 14 minut na km), o tyle pod górę mogłem zrobić kilometr w 10 minut. Drogę do zamku znałem na pamięć, nic mnie nie powstrzyma. Pamietam, że to było w tym parku. Ach nie. To na tej górce po prawej. Nie, nie to było w tej uliczce po lewej. Nie, no nie w uliczce, tylko na zamku, trzeba zbiec do parku. Nie, nie. Jak zbiegać? Trzeba wrócić pod górę! Zamek na pewno jest na wzniesieniu. Ty niemądry! Ty! Po 2 godzinach dotarłem do punktu Prassurny. Nie muszę pytać o możliwość położenia się, nie wiem jak wyglądam, ale obsługa znajduje ciepły kąt i koce i doprowadza mnie tam w milczeniu. Nie chcę nikogo denerwować, nie będę pytał dlaczego nie było punktu z burgerami. Pierwszy raz na biegu zasypiam jak dziecko. Ach co to był za sen, całkowicie zregenerowany, nic nie boli, zrywam się po godzinie i pędzę na przełęcz na wschód słońca.

W godzinach porannych docieram do Champex. Czuję zapach świeżego chleba.. cukiernia. Nie wiem czy otwarta, ale jest już ktoś w środku. Widzę napis: „proszę wchodzić bez plecaka”. Próbuje ściągnąć go z siebie, ale muszę gdzieś odłożyć kije. Nie ma stojaka. To takie irytujące , zawsze przed każdą cukiernią są stojaki na kije biegowe, a akurat tu ich nie ma. Może je złożę i doczepię do plecaka. Ale wejść z plecakiem się nie da. To trudno. Nie będę nic kupował. Idę dalej. Ale tak pachnie, po takiej drożdżówce to wbiegnę na przełęcz. Poproszę kogoś to mi kupi. Ale przecież wszyscy już pobiegli i jestem ostatni, nikt dzisiaj tu nie przyjdzie. Na szczęście właściciel otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Uderzyło mnie ciepło i feeria zapachów, łzy napłynęły do oczu, w gardle coś ugrzęzło. Próbuję się przywitać, ale świadomość jak bardzo śmierdzę napawa mnie takim obrzydzeniem, że chcę uciekać. Na szczęście dostałem drożdżówkę, śliwki i dobre słowo na drogę zanim się poruszyłem i wykrztusiłem cokolwiek z siebie. Mam nadzieję, że właściciel widział prócz szaleństwa, również wdzięczność w moich oczach. Innego kontaktu ze mną nie nawiązał. Śliwki jadłem co trzysta kroków, a dokładniej połówke śliwki. Drożdzówkę pożarłem kontrolowanymi połknięciem, na trzy razy. Cukier buzuje w żyłach. Nic mnie nie zatrzyma. Podchodzi mi się świetnie. Nic mnie nie zatrzyma. Okazuje się, że wcale nie jestem ostatni tak jak mi się wydawało.

Dwa desery to za dużo5

Na przełęczy dostaję informację, że w związku z nadchodzącym załamaniem pogody bieg będzie wstrzymany. Zakładam, że dobiegnę do Salvan, około 20 km (przedostatnia baza, gdzie odpocznę i się prześpię). Jest ranek. Marta ma dotrzeć do Salvan – nie planowaliśmy tego, ale chce mi pomóc za wszelką cenę. Zaczynam zbieg. Nie ma takiej możliwości. Za stromo na kije, noga nie wytrzymuje najmniejszego obciążenia. Schodzę tyłem, na czworakach, na kolanach. Po godzinie pokonuje pierwszy kilometr. Po kolejnych 3 godzinach dochodzę do punktu Col de la Forclaz jest 12:04. Ze względu na zbliżające się załamanie pogody wstrzymali bieg o godzinie 12:00… Na punkcie jest nas na razie czwórka. To tylko mały punkt z jedzeniem. Wolontariusze starają się jak mogą, organizują nam spanie i dodatkowe posiłki. Siedzimy, nadciągają kolejni biegacze, jest nas już dwudziestka. Puchnie mi całe ciało, pęcherze na stopach rosną w oczach. Moje ciało wychodzi z trybu walki. Mentalnie staczam się w dół. Uczucie bezsensowności biegu, wysiłku, przygotowań, starań. Gaśnie zapał, ucieka chęć walki. Ból wraca ze zdwojoną siłą. Z pobieżnych wyliczeń wynika, że w Salvan będę już po limicie czasowym. Umawiam się z Martą, że tam zejdę, ma po mnie przyjechać, ale to dopiero następnego dnia. Dziś wraca na nocleg w okolicach mety. Bieg wznawiają wieczorem, ruszamy pod górę, po ciemku, w strugach deszczu i silnym wietrze. Wchodzenie pod górę sprawia mi dziką satysfakcję panowania nad swoim ciałem, pomału rodzi się nowy cel ukończyć. Wydaje się, że nie jest źle, jakoś się poruszam. Dziwne uczucie ślizgania się w butach, trochę przeszkadza złapać równowagę. Nowy cel: „ukończyć” – jarzy się jasnym światłem w moim umyśle.

Salvan – baza życia. Czuję się trochę jak w horrorze. Opuszczony bunkier, nie ma w nim prawie w ogóle biegaczy, nie ma niestety fizjoterapeuty ani pomocy medycznej, nie ma też mojego supportu (był wczoraj, będzie jutro). Błądząc po korytarzach szukam spania, są prycze, są koce, nie mogę znaleźć nikogo z obsługi. Większość biegaczy wyruszyła stąd zaraz po wznowieniu biegu, czyli ponad pięć godzin temu. Nowych nie przybyło, nas było 20 na ostatnim punkcie przed bazą, po drodze gdzieś się wszyscy podziali. Nic dziwnego, że nic się tu prawie się nie dzieje. Jest na szczęście ciepłe jedzenie, mimo że dochodzi północ. Tu, mam zaczekać na Martę do rana i zejść z trasy. Czekanie jest totalnie irracjonalne. Przecież mogę gdzieś dojść, ale nie będę tak tu siedzieć?! Nie mogę pogodzić się z bezruchem, napawa mnie obrzydzeniem. Postanawiam wyruszyć dalej i zejść gdzieś po drodze nie tu, ustalę gdzie z Martą jak tylko się obudzi i po mnie wyjedzie. Godzinę walczę z pęcherzami, ręce nieporadne, nie mogę trafić igłą w pęcherz. Jak trafię, to wbijam za głęboko raniąc stopę. Skóra niemiłosiernie rozciągnięta na pęcherzach, są większe od palców. Próbuje owijać nogi plastrami, średnio mi to wychodzi. W końcu upycham moje stopy wyglądające jak ozdoby choinkowe dwulatka w skarpety. Jeszcze kokardki i prezenty gotowe. Próbuję założyć suche rzeczy z przepaku, ale nie wiem co z siebie ściągnąłem, a co było w torbie. W sumie to bez znaczenia. Coś ściągnąć, żeby coś ubrać, strata czasu. W końcu udaje mi się wyjść, nie zabrałem nic do jedzenia, nadal leje, jest mi potwornie zimno, mam nadzieję, że rozgrzeję się podchodząc pod górę (Col de Susanfe2493 ). Punkt Salanfe i pieczone ziemniaki… jak zawsze… jak zawsze z solą. Uderza mnie świadomość, że wylądowałem w innym świecie. Jest zimno, leje, wydaje się, że od startu minął cały sezon. Była wiosna biegłem w krótkich spodenkach i koszulce walczać z gorącem, teraz jesień kurtka, capka rękawiczki, a ja nadal słyszę brzdęk moich zębów. Do przodu pcha mnie tylko chęć ukończenia czegoś co zacząłem.

Mocno się ochładza, ale za to rozpogadza. Docieram do bazy w Morgins wczesnym popołudniem. Komfortowe warunki, miła obsługa, prysznic, gorąca woda. Jest i moja Marta. Pomaga mi się pozbierać. Trafiam do podologa i fizjoterapeuty. Ustalamy, że odpocznę tu dłużej nie ma sensu kończyć zawodów w nocy. Do mety zostało 40 km. Idąc, powinien tam dotrzeć w 11 godzin. Warunki jak w luksusowym hotelu, rozleniwiam się. Zaczynam mieć poczucie, że bieg już skończyłem. Ogarnia mnie euforia, nie mogę spać. Szczęśliwy o 23:00 wyruszam na ostatni kawałeczek trasy.

Nieco za ciężka kolacja

Pełny optymizmu wyruszam. Już po 500 metrach zakładam kurtkę, rękawiczki i czapkę. Mam dreszcze, jest mi bardzo zimno. Czuję, że nieco odrywam się od rzeczywistości. Całą uwagę kieruję na każdy kolejny krok. Potykam się o każdą nierówność. Rośnie irytacja. Potykam się. Pojawia się gniew. Wykorzystuję go na kolejny krok. Gniew to dobre paliwo. Złość to dobre paliwo. Ból to dobre paliwo. Do przodu. Człap.

Staram się zająć umysł czymś przyjemnym. Pamiętam, że w najbliższym punkcie będą naleśniki. Były tam na dwóch poprzednich edycjach. Docieram po 6 km, co zajmuje mi prawie 2 godziny. Widzę budynek, ale nie ma wejścia. Obchodzę go dookoła w prawo, nie ma wejścia! Drugi raz, tym razem lewo, są drzwi! Udaje mi się wejść. Ląduję na jakimś zapleczu, wpatruje się we mnie kilkoro zaskoczonych par oczu pogotowia górskiego albo innej służby, pytają jakiej pomocy mi trzeba. Tłumaczę, że właściwie ja to tylko po naleśniki. Lituje się ktoś nade mną i z jego pomocą trafiam do sali przeznaczonej dla biegaczy. A jakże – są naleśniki! Ruszam dalej. Jest coraz zimniej, chociaż pogodnie. Na roślinach widać szron. Z każdym krokiem walczę o zachowanie świadomości. To coś więcej niż tylko ochota na sen. To nie jest to przyjemne uczucie zasypiania na stojąco, albo błogi stan jaki wywołuje mikrosen. To przerażający strach, że stracę nad sobą kontrolę, to nie jest nadchodzący sen, to uczucie – nadchodzącego końca wszystkiego. Walka z potworem w czarnej głębokiej studni, wyłożonym czarnym aksamitem, wypełnionym czarnym powietrzem. I tylko kolejne potknięcia i upadki wstrząsają studnią. Z wielkim wysiłkiem docieram do kolejnego punktu. Przy wejściu proszę żeby mnie obudzili za 10 minut i … opadam na dno studni. Budzę się w zupełnej ciszy i ciemności. Jest dobrze, jest ciepło. Chcę spać. Moje ciało się porusza, samo, nie wiem o co chodzi. Chcę spać. Kolejne fale delikatnie mnie unoszą. Wraca świadomość. Kto od dłuższego czasu próbuje mnie obudzić lekko potrząsając. To wolontariusz na punkcie. Przykryty dwoma ciepłymi kocami, budzę się na stole, minęło 10 minut. Staram się wszystkim podziękować , wychodzę, ruszam dalej. Potworna sztywność, ciężko postawić kolejny krok, ciałem wstrząsają kolejne fale dreszczy. Piękne niebo, widzę gwiazdy. Pole kapusty. Ogromne oblodzone główki kapusty na alpejskim szczycie. Nie mogę znaleźć żadnych oznaczeń, nie wiem w którym kierunku biec. Zawracam. Docieram do tego samego punktu. Ktoś zaprasza mnie do środka. Tłumaczę, że już tu byłem. Ok, poznaje mnie, pyta o co chodzi. Proszę o wskazanie drogi. Podprowadza mnie kawałek wskazując właściwy kierunek. Już mam odejść, ale kapusta nie daje mi spokoju. Rozmawiamy. Proszę go o wyjaśnienie po co ją tu sadzą. Po kilku chwilach udaje mu się wytłumaczyć, że nie ma tu żadnej kapusty. Dochodzę do wniosku, że to taka dekoracja specjalnie dla biegaczy. Pewnie kawał. Pokazuje mu rosnące nieopodal główki. Rozmowa o kapuście nieuchronnie prowadzi do rozmowy o kosmosie, znamy się chyba od zawsze świetnie nam sie rozmawia. Mój rozmówca ma dziwną minę i zaczyna zachowywać się irracjonalnie – nie chce żebym dalej biegł. Jego dziwne zachowanie jest w pełni akceptowalne, wytrwał tyle godzin na punkcie z pomocą, w zimnie i w nocy. Chłop ma dość, jest wycieńczony. Rozmowa nabiera tempa. Pyta mnie o imię nazwisko, gdzie jestem, ile przebiegłem, ile do mety, gdzie folia, gdzie czołówka, gdzie telefon itd. Zmęczony, a miły człowiek i taki zorientowany w sprzęcie. Grzecznie go przepraszam, tłumacząc, że właściwie to ja jestem na takim biegu i już nie mam więcej czasu i biegnę dalej.6

Co nieco przed snem

Wschód słońca. Piękna pogoda. Niesamowite widoki. Czyste świeże powietrze. Chłonę świat każdą cząstką mego ciała. Łzy szczęścia. Bardzo krótki przystanek Taney i tanecznym krokiem ruszam w kierunku mety. Ostatnia przełęcz i metę już widać. Ostatni punkt i ostatnie 11km.

Ostatnie wzniesienie, a teraz zbieg do jeziora i mety. Rozpędzam się, mogę biec, już nic nie czuję – żadnego bólu. Nie czuję też nóg, ale się nie wywracam. Jadę w dół, jak w wagoniku kolejki górskiej. Niezłe tempo 6 minut na kilometr. Sielankę przerywa strach. Serce staje w miejscu, chociaż czuję tętno w uszach. Adrenalina buzuje w żyłach, ogromnymi susami skaczę przez pole i próbuję ominąć gigantyczne robale. One są wielkości furgonetki. Nigdy tak się nie bałem. W zasięgu wzroku ma 3 osobniki. Widzą mnie i zmierzają w moim kierunku. Nie ucieknę. Czuję ich ciepło. Ciepło? Robale nie są ciepłe.. Czuję ich oddechy. Łby wielkie jak u żubra, są coraz bliżej. Wiem, że nie ucieknę. A do mety tak było blisko… Czas się zatrzymał, mój mózg usilnie próbuje opisać rzeczywistość. Ale to nie są majaki. Z tym umiem sobie radzić. Przeczekać, skupić się nad nierealności sytuacji. Oderwać się od sennych wyobrażeń. Kolejne sekundy upływają, a ja nie mogę opisać co tu się dzieje. Umrę zeżarty przez robactwo. Nie, jeszcze nie teraz.

To są… Jaki7.

Dotarłem. Ukończyłem.

Do siebie doszedłem po 2 miesiącach, ale to inna historia. Pozostaje drobny niedosyt, na razie NIE będę go pielęgnował. ( wynik 199 godzin z hakiem, 23 miejsce)

przypisy

  1. No dobrze przyznaję organizator zaproponował też lody :), to nie żart ↩︎
  2. Tu podziękowanie dla fizjoterapeuty, udało mu się nastawić mój bark (kontuzja podczas domowych zajęć 2 miesiące przed biegiem ↩︎
  3. nawiązanie do jednej z historii opowiadanej przez Wojciecha Manna, a właściwie o jego mamie i zasadzie stosowanej do przygotowywanych posiłków „wszystko musi być do pary”. Zgodnie z tą zasadą każda dokładka czy danie musiała być liczbą parzystą. ↩︎
  4. To nie jest reklama, jak widać na załączonym obrazku strzępy doświadczeń zebranych w życiu mogą w udręczonym umyśle samodzielnie wykreować nową sytuację. Zamek to opactwo Benedyktynów w Tyńcu odwiedzane podczas zimowych wybiegań wzdłuż Wisły, bar to znane miejsce w Krakowie. ↩︎
  5. jak w 3 wyżej 🙂 ↩︎
  6. Ok kapusta to to może nie była, ale z powodu zimna liście niejakiej ciemiężycy białej potrafią się zwijać do środka. Tak więc ja, stojąc w tamtym miejscu widziałem, pole kapusty, mój rozmówca pastwisko ↩︎
  7. Mam na myśli zwierzę niekoniecznie endemiczne w Alpach, faktycznie jest kilka farm, hodowli w tym rejonie ALP. Zwierzęta te są sporych rozmiarów przypominają krowę, ale są dużo niższe i pokryte długim futrem. Przy opuszczonej głowie wyglądają jak wielka prążkowana dżdżownica. Z podniesionym wielkim rogatym łbem do złudzenia przypominają poczwarkę motyla. Oczywiście niektórym i to nie zawsze. ↩︎

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *